CARPE DREAM: Bajeczny miesiąc pod palmami… za darmo (FILM, ZDJĘCIA)

„Co byś zrobił gdybyś wygrał w totka?” – kiedyś usłyszałem takie pytanie, a później kilkukrotnie w moim życiu zdarzyło mi się zapytać o to samo różnych ludzi bo najwyraźniej, można się dzięki niemu wiele dowiedzieć o drugim człowieku. Jedną z ciekawszych odpowiedzi jakie usłyszałem było „Poleciałbym w jakieś piękne miejsce, usiadł pod palmą… i z drinkiem w ręce słuchając szumu fal zastanowiłbym się co dalej”.

Opowiem Wam dzisiaj jak to się stało, że mieliśmy okazję niemal za kompletną darmochę spędzić ponad miesiąc w takich właśnie bajecznych okolicznościach przyrody jakie wyobraziliście sobie czytając przytoczone przeze mnie słowa kumpla.

Pewnie część z Was czytała o tym, że W 2 MIESIĄCE STALIŚMY SIĘ NAJSZCZĘŚLIWSZYMI LUDŹMI NA ZIEMI. Wspomniałem tam, że będąc w Bangkoku dowiedzieliśmy się od pewnej Tajki o tym, że na południu kraju jest śliczna wyspa, na którą koniecznie musimy się wybrać – Koh Lipe. Dla przypomnienia – pogooglaliśmy trochę i doszliśmy do kilku wniosków:

1. Faktycznie bajeczne miejsce!
2. Nie ma tam nikogo, kto oferowałby swoją kanapę do przespania się na niej za friko.
3. Nie stać nas na nocleg w hotelu w tym miejscu i wszystkie wydatki związane z naszym ewentualnym tam pobytem.
4. Zdecydowana większość hoteli, które przeglądnęliśmy miała strasznie słabe zdjęcia swojego obiektu i chyba żaden z nich nie miał filmu promocyjnego z prawdziwego zdarzenia.

Połączyliśmy fakty i rozesłaliśmy oferty do wszystkich możliwych miejsc na wyspie, że w zamian za pobyt i wyżywienie oferujemy wypasione zdjęcia i film do wykorzystania do celów marketingowych. Nie pozostało nic jak tylko czekać na odpowiedź… no i trochę się zabawić w Bangkoku 🙂

17-3

Przy okazji znaleźliśmy chwilę, żeby odebrać z jednego hotelu na obrzeżach stolicy Tajlandii statyw i obiektyw, które doleciały tutaj z Krakowa kilka dni przed nami, a które jak się później okazało w nieopisany sposób uratowały nam dupy (Aga i Karolina – dziękujemy!!).

Kupiliśmy bilety na pociąg, który miał nas zabrać na południe kraju i wróciliśmy do imprezowania z ekipą z Polski poznaną kilka dni wcześniej w Laosie. W ten radosny sposób spędziliśmy kolejnych kilka wieczorów na dachu naszego hostelu w centrum Bangkoku, po czym przyszedł czas spakować swoje graty i jak zwykle z duszą na ramieniu pędzić na pociąg, na który prawie się spóźniliśmy – no ale to akurat żadna nowość w naszym wypadku więc standardowo wbiliśmy się w ostatniej chwili do przedziału i ruszyliśmy do Hat Yai ciągle nie wiedząc jakie mamy dalsze plany.

17-5

Przy okazji – jeśli kiedykolwiek przyjdzie Wam podróżować transportem publicznym w takich krajach jak Tajlandia czy Malezja pamiętajcie – ubierzcie się ciepło!! Ciągle zachodzimy z Łukaszem w głowę co z tymi ludźmi tutaj jest nie tak… chociaż osobiście wolelibyśmy dla obniżenia temperatury po staroświecku otworzyć okna to rozumiemy, że klimatyzacja to dobra i przydatna sprawa w gorących krajach, oraz że ten wynalazek nie bez powodu ma swoich zwolenników, ale tutaj albo ludzie nie potrafią go regulować, albo po prostu lubią podróżować lodówkami na kołach – temperatura jest tak niska, że nawet w naszych najcieplejszych ubraniach i pod kocem niemal zamarzaliśmy. Dla pełniejszego obrazu sytuacji dodam, że jakiś czas później jadąc autobusem z Tajlandii do Malezjii podczas gdy na zewnątrz temperatura oscylowała w okolicach 35 stopni Celcjusza tamtejsza „pani konduktor” była ubrana w zimową kurtkę puchową… true story!

Tak czy inaczej kiedy już jak te dwa sople lodu wysiedliśmy z pociągu w Hat Yai na południu Tajlandii i odpędziliśmy od siebie wszystkich kierowców Tuk Tuk’ów, którzy widząc 2 obcokrajowców ze sporymi plecakami liczyli na szybki zarobek, naszym priorytetem było dostanie się do internetu i sprawdzenie czy mamy jakieś informacje zwrotne z wyspy. W kawiarni na dworcu okazało się, że pojawiła się pierwsza wiadomość od zainteresowanego klienta z tym, że niestety chciał się z nami umówić na zbyt odległą dla nas przyszłość gdyż jego resort był właśnie w trakcie remontu… Ciągle nie wiedząc czy powinniśmy w takim razie kombinować już w tym momencie transport dalej przez Malezję do Australii postanowiliśmy wbić się na jedną noc do pierwszego lepszego hostelu z dostępnym WiFi i przemyśleć dalsze kroki (oraz oczywiście obejrzeć półfinał Ligi Światowej, w którym to niestety Polacy przegrali z Francuzami… cholerne żabojady!)

Postanowiliśmy, że zostajemy do jutra i jeśli sytuacja się nie zmieni zbieramy się dalej na południe… Możecie sobie wyobrazić jaką radość sprawił nam email, którego odczytaliśmy następnego dnia o poranku z informacją, że jeden z resortów jest zainteresowany naszą propozycją! Od razu Łukasz wyskoczył na miasto dowiedzieć się jak możemy dostać się na wyspę, podczas, gdy tym razem ja walczyłem w hostelu z problemami żołądkowymi (pamiętajcie, że o ile mrożona kawa to bardzo kuszący sposób na zabicie pragnienia w egzotycznych krajach to zwykle kostki lodu w tych napojach nie są robione z butelkowanej wody, a kranówa może nieźle nabroić w żołądkach nieprzystosowanych do tutejszej flory bakteryjnej).

Po kilku minutach Łukasz wbiegł do pokoju zdyszany z informacją, że o tej porze roku na Koh Lipe pływa tylko jeden „speed boat” dziennie i jeśli za 7 minut będziemy w agencji turystycznej po drugiej stronie ulicy to mamy szansę złapać ten jedyny dzisiejszy kurs. Na szczęście pakowanie naszych plecaków zdążyliśmy już opanować do tego czasu całkiem sprawnie i tak po kilku chwilach byliśmy już na dole czekając na busa, który miał zabrać nas na łódkę. Płyniemy na Koh Lipe! 🙂

17-6

Sama podróż łodzią na wyspę była ekscytująca gdyż jak się okazało nazwa środka transportu była nieprzypadkowa i tak oto „speed boat” okazał się najszybszym pojazdem jakim kiedykolwiek dane nam było dotychczas poruszać się po wodzie. Około 90-minutowa przeprawa nią była równie radosna dla tej części pasażerów lubiących odrobinę adrenaliny co męcząca dla tych cierpiących na chorobę morską. Krótko mówiąc zapierdzielaliśmy jak szaleni odbijając się co chwilę od fal w każdą możliwą stronę… świetna sprawa 🙂

Dopływając do samej wyspy spojrzeliśmy z Łukaszem w wodę, która okazała się być wyjątkowo przejrzysta. Na dnie kilka metrów pod nami widać było rafę koralową – popatrzyliśmy na siebie tylko i uśmiechnęliśmy się na samą myśl o tym, że spędzimy tutaj najbliższych kilka dni. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że szczęśliwie będzie nam dane posiedzieć tutaj ponad miesiąc, a rafę koralową będziemy mogli podziwiać przy okazji nurkowania, snorklowania i że każdy niemal dzień zaczynać będziemy od kąpieli w krystalicznie czystym i ciepłym Morzu Andamańskim…

17-7

Sama wyspa na pierwszy rzut oka wyglądała zaiste bajecznie. Wysiedliśmy na piaszczystej plaży zapełnionej mniej lub bardziej wypasionymi hotelami i knajpami. Wiedząc, że obwód całej wyspy to ledwie kilka kilometrów stwierdziliśmy, że pomimo wysokiej temperatury i całego bagażu, który mamy ze sobą podziękujemy lokalnym taksówkarzom i przespacerujemy się w poszukiwaniu resortu, z którym udało nam się dobić wymarzonego dla nas targu. Ciekawostką tutaj są wspomniane taksówki – jako, że wyspa jest tak mała, że można ją całą obejść w 1-2 godziny, praktycznie nie ma na niej samochodów (widziałem może 2 czy 3 razy jakiekolwiek czterokołowe pojazdy, które służyły tylko i wyłącznie do przewożenia materiałów budowlanych) i turyści chcący z jakichś dziwnych powodów zostać gdzieś podwiezieni muszą skorzystać z motocykla z doczepioną przyczepką… i mocno się trzymać.

Ogólnie na Koh Lipe są 3 główne plaże – Sunrise Beach czyli plaża wschodu słońca, Sunset Beach czyli plaża zachodu słońca i Pattaya Beach czyli… ta trzecia, na której właśnie usytuowany był ośrodek, do którego zmierzaliśmy. Jak się później okazało jest też kilka mniejszych i niemal bezludnych plaż, do których dostęp nie jest tak oczywisty jak do wspomnianych trzech turystycznych, a do niektórych z nich można dostać się praktycznie tylko z pomocą lokalsów, ale o tym później…

Map

Do Bella Vista trafiliśmy po około półgodzinnym spacerze z Sunrise Beach na Pataya Beach. Przywitaliśmy się z panią kierownik i ustaliliśmy co mamy do zrobienia i ile powinno nam to zająć czasu. Ustaliliśmy też, że zgodnie z umową z maila nie płacimy za spanie i jedzenie… jak się później okazało nie płaciliśmy również za drinki co opisałem dokładniej we wspomnianym poście JAK W 2 MIESIĄCE STALIŚMY SIĘ NAJSZCZĘŚLIWSZYMI LUDŹMI NA ZIEMI.

17-8

W ten sposób rozpoczęła się nasza fotograficzno-wypoczynkowa przygoda na Koh Lipe i kilka następnych dni rozpoczynaliśmy od radosnego wskakiwania do morza, żeby tuż po śniadaniu spacerować z aparatami po ośrodku i fotografować wszystko co należy. Nie zaskoczę Was, że była to najprzyjemniejsza praca jaką dotychczas w życiu wykonywałem i do tego w chyba w najbardziej rajskim miejscu w jakim byłem. Wieczory poświęcaliśmy na obróbce zdjęć i planowaniu kolejnego dnia. Okazało się, że pracy z samymi zdjęciami było więcej niż zakładaliśmy i ostatecznie cieszyliśmy się, że klient nie zdecydował się na to, żebyśmy zrobili dla niego też film z resortu bo na pewno nie wyrobilibyśmy się w terminie. Dodatkowo wspomniany wcześniej statyw okazał się absolutnie niezbędnym narzędziem do wykonania zlecenia tak więc jeszcze raz ogromne podziękowania dla Agi i Karoliny i oczywiście dla wszystkich, którzy z tym statywem mieli coś wspólnego (kto wie – ten zrozumie).

17-4

Byliśmy tak nakręceni tym co i gdzie robimy, że niemal ani na moment z naszych twarzy nie znikał uśmiech i ekscytacja spowodowane wszystkim co się dookoła nas działo. Na dodatek jakieś 2 czy 3 dni przed zakończeniem tego zlecenia dostaliśmy pozytywną odpowiedź od kolejnego resortu z tej wyspy i już wtedy wiedzieliśmy, że zostaniemy tutaj nieco dłużej – możecie sobie wyobrazić naszą radość kiedy odczytaliśmy tego maila – zwłaszcza, że układ zaproponowany przez kolejnego klienta był dla nas jeszcze bardziej korzystny. Tym razem z góry było powiedziane, że nie płacimy również za drinki co jak się domyślacie wywołało szeroki uśmiech na naszych twarzach. Klient był bardzo precyzyjny opisując swoje oczekiwania co do zdjęć no i dodatkowo mieliśmy zrobić dla niego pierwszy w historii naszej nowo powstającej firmy film promocyjny z prawdziwego zdarzenia! Jupi!

Gdy poszedłem na spotkanie do tego ośrodka jakieś 2 dni zanim rozpoczęliśmy tam pracę i zobaczyłem na co się piszemy poczułem się zarówno przerażony jak i zmobilizowany. Było to naprawdę wypasione i jedyne w swoim rodzaju miejsce. Zlecenie równie trudne co ekscytujące. No i przy okazji było to miejsce najbardziej zbliżone do mojego wyobrażenia tego gdzie chciałbym usiąść pod palmą z drinkiem w ręce po ewentualnej wygranej w totka…

Po kilku dniach wytężonej pracy i kilku nieprzespanych nocach skończyliśmy nasze pierwsze zlecenie. Jak się później okazało właściciel gdy zobaczył efekt końcowy zaproponował, żebyśmy zrobili dla niego zdjęcia jego pozostałych hoteli na wyspie obok. Co prawda po spotkaniu z nim w Kuala Lumpur kilka tygodni później nie wygląda na to, żeby temat jednak doszedł do skutku, ale kto wie… zobaczymy jak się sprawy potoczą…

17-9

17-10

17-11

17-12

Tymczasem spakowaliśmy się, pożegnaliśmy z miłą obsługą i przenieśliśmy nasze mobilne biuro na Sunrise Beach realizować kolejnego, tym razem dużo bardziej wymagającego job’a.

17-13

Nasz pobyt w Castaway rozpoczęliśmy od tradycyjnego tajskiego pad thai’a z krabem popijając do tego białe wino. Przespacerowaliśmy się z kierownikiem po całym ośrodku i ustaliilśmy mniej więcej plan działania na najbliższe dni. Przy okazji mieliśmy okazję zwrócić uwagę na jedną ewidentnie rzucającą się w oczy ciemnowłosą dziewczynę w białej sukni, z którą jak się dało wyczuć coś łączyło szanownego kierownika, a która jak się później okazało miała odegrać główną rolę w komedii na 4 aktorów. Francusko/szwajcarska żonglująca ogniami tancerka bourlesci, kierownik z RPA z permamentnym kijem w dupie i dwóch fotografów z Polski (przy czym Łukasz nie goląc się od jakiegoś czasu wyglądał już bardziej jak daleki kuzyn Osamy bin Ladena z Pakistanu) – przyznacie, że wyjątkowo międzynarodowa i potencjalnie wybuchowa obsada sztuki 😉

Ten radosny dzień zakończył się dość niefortunnym wydarzeniem bo przypadkowo Łukasz rozlał wino na swojego kupionego kilka tygodni wcześniej w Pekinie laptopa, który jak się okazało miał wyjątkowo słabą głowę – jak to Azjata. Ta niewielka dawka alkoholu okazała się dla biedaka śmiertelna. Muszę przyznać, że trochę nas to przybiło bo jak wspomniałem zlecenie, którego się podjęliśmy było dość ambitne i nagła utrata połowy mocy obliczeniowej niezbędnej do postprodukcji zdjęc i filmu delikatnie mówiąc nie ułatwiała nam pracy.

Następnego dnia standardowo po kąpieli w morzu, omlecie, tostach i pysznej kawie zabraliśmy się do roboty i rozpoczęliśmy fotografowanie poszczególnych obiektów w Castaway. Były to głównie wolnostojące drewniane domki (bungalow) różnych rozmiarów i z różną ilością pomieszczeń. Od jednopokojowych tańszych schowanych nieco z tyłu, przez całkiem spore piętrowe rodzinne konstrukcje po te najbardziej wypasione mniejsze lub większe zlokalizowane kilka metrów przy plaży, z których każdego poranka można przy dobrej pogodzie bez wstawania z łóżka oglądać wspaniały wschód słońca.

Każdy domek wyposażony był w równie uroczą drewnianą łazienkę z prysznicem, jeden lub kilka wiatraków (dzięki Bogu zamiast klimatyzacji), niezbędną moskitierę i 2-3 wyjątkowo wygodne i pasujące do klimatu miejsca hamaki, w których każdemu z nas zdarzyło się kilka razy spędzić noc. Sami zostaliśmy ulokowani na czas naszego pobytu w jednym z takich większych bungalow nieco z tyłu ośrodka w samym centrum ogrodu wyglądającego jak tropikalna puszcza. Po kilku dniach przyzwyczailiśmy się do obecności częstych gości w postaci niewielkich jaszczurek i różnych innych stworzonek w naszym domku. Najbardziej urocze były malutkie kraby wychodzące na plażę podczas przypływów – te jednak nie zapuszczały się w nasze okolice pozostając kilkanaście metrów od wybrzeża i spacerując radośnie wieczorami po plaży – trzeba było czasami się nieźle nagimnastykować, żeby na któregoś z nich nie nadepnąć…

5

3

2

17-16

17-17

17-18

Praca szła całkiem sprawnie o ile tylko pozwalała na to pogoda, od której byliśmy w tym miejscu bezwzględnie uzależnieni. Trzeba pamiętać, że lipiec tutaj to okres poza sezonem turystycznym co jest spowodowane trwającą tutaj wówczas porą deszczową, w związku z którą zdarzały się kilkudniowe przestoje w pracy spowodowane mniejszymi bądź większymi ulewami. Kilka z nich muszę przyznać było wyjątkowo spektakularnych, a jako że od zawsze byłem fanem burzy i piorunów to z radością wychodziłem na balkon kiedy tylko rozpoczynała się kolejna tropikalna ulewa.

Mijały kolejne dni i poznawaliśmy coraz więcej ciekawych osób na wyspie. Wolne wieczory spędzaliśmy w zaprzyjaźnionych knajpach – Peace & Love, w której od czasu do czasu można było zobaczyć fire show w wykonaniu wspomnianej koleżanki Emmy lub w Elephant, gdzie wspólnie z grającym tam co wieczór na żywo Jaman’em mogliśmy pograć na gitarach stając się przy okazji atrakcją dla przechodzących turystów do czego zachęcał widoczny napis nad sceną „If you are in the bar you are in the band”. Łukasz był w swoim żywiole.

017.-Koh-Lipe-bajeczny-miesiąc-pod-palmami..17-19

17-20

Z czasem też coraz bardziej zakumplowaliśmy się z koleżanką tancerką co wyjątkowo nie było po myśli kierownika, który dwoił się i troił, żeby zwrócić na siebie jej uwagę zostawiając jej co rano przed domkiem świeże kwiaty czy też spadając z dachu jednego z domków (nie no dobra tutaj było nam chłopa trochę szkoda bo widać było, że się biedak trochę pogruchotał przez co ostatecznie musiał popłynąć do szpitala na prześwietlenie).

Oliwy do coraz większego ognia pomiędzy nami i Gargamelem (bo tak pieszczotliwie go nazwaliśmy, żeby w rozmowach nie używać powszechnie znanego w ośrodku imienia) dodawał fakt, że na samym początku wspomnieliśmy, że przydaliby nam się modele i aktorzy do zdjęć i filmów, żeby ośrodek nie wyglądał na opustoszały i już wtedy padł pomysł zaangażowania do tego celu Smerfetki. Z czasem widząc, że dziewczyna woli spędzać czas raczej z nami niż z nim ten pomysł nie wydawał się mu chyba już tak dobry jednak nie bardzo miał jak się z niego wykręcić i tak zgrzytając zębami musiał patrzeć jak jego obiekt westchnień jest fotogafowany topless w SPA lub jak to Łukasz filmował ją kiedy wywijała zgrabnie hula hop na plaży przy zachodzącym słońcu.

17-21

17-22

Przy okazji okazało się, że właściciel całego ośrodka (Anglik) to bardzo równy koleś, który za każdym razem, gdy wysyłaliśmy mu kolejne efekty naszej pracy podkreślał w odpowiedzi, żebyśmy przy okazji nie zapomnieli miło spędzać czas na wyspie. Pan każe – sługa musi!

Tak też w chwilach wolnych od pracy bardzo chętnie korzystaliśmy z wszelkich dostępnych na wyspie atrakcji. Snorklowaliśmy podziwiając rafę koralową, zwiedzaliśmy okoliczne mniej znane plaże z parą Nowojorczyków, których poznaliśmy przy okazji tego, że zostali zaangażowani przez Gargamela jako aktorzy do naszego filmu, a którzy są w trakcie swojej podróży dookoła świata (opisują wszystko na swoim blogu Our Full Stop). Grywaliśmy w bilarda z zaprzyjaźnionym właścicielem knajpy OMG – ten wyglądający na tajskiego mafioso długowłosy, wytatuowany i nieźle wyrzeźbiony koleś okazał się wyjątkowo dobrym przeciwnikiem w grze w kulki i przesympatycznym i zabawnym człowiekiem jak z resztą cała ekipa w jego lokalu, w którym spędzaliśmy sporo czasu wieczorami – jeśli kiedyś tam wylądujecie koniecznie zamówcie sobie happy smoothie 🙂

17-24

17-26
17-27

17-28

17-29

17-30

17-31

17-32

17-33

Jednym z ciekawszych doświadczeń dla mnie było nurkowanie, którego miałem okazję spróbować po raz pierwszy w życiu. Muszę przyznać, że znajomi namawiający mnie do tego od dłuższego czasu mieli sporo racji twierdząc, że pod wodą można odkryć kompletnie nowy świat, którego wcześniej nie znaliśmy. Widziałem wcześniej na zdjęciach czy filmach różne egzotyczne podwodne stworzenia ale zobaczenie na żywo ogromnej mureny, ogromnej ilości rozgwiazd, ławice kolorowych ryb i próbę ataku rogatnicy naprawdę zrobiło na mnie spore wrażenie! Polecam każdemu!

17-34
Polecam również kajakowanie w środku nocy po morzu 🙂 Któregoś razu wracając chyba z Elephant’a stwierdziliśmy z Łukaszem, że niekoniecznie mamy ochotę jeszcze się kłaść spać i że zaprzyjaźnieni ludzie z obsługi nie powinni mieć nic przeciwko jeśli pożyczymy na chwilę kajak bez pytania o zgodę – postanowiliśmy, że świetnym pomysłem będzie opłynięcie oklicznej wyspy w środku nocy (obiecałem rodzicom, że ograniczę wzmianki o paleniu tutaj na blogu, więc o skręcie na morskich falach w kajaku w środku nocy niestety nie wspomnę ani słowem… a szkoda bo gdybym wspomniał to też bym polecił).

W międzyczasie z pomocą niezastąpionej obsługi Castaway uadło się nam zorganizować laptopa, przy pomocy którego mogliśmy sprawnie dokończyć zlecenie. Również w międzyczasie okazało się, że zostało nam już za mało czasu na to, żeby dostać się do Australii taką trasą jaką założyliśmy sobie na początku wyprawy przed nieprzekraczalnym terminem wyznaczonym przez tamtejszy Urząd Imigracyjny. Kupiliśmy więc bilety lotnicze z Kuala Lumpur do Sydney z nadzieją, że wrócimy za kilka tygodni na wyspę obok zrobić zlecenie dla wspomnianego właściciela kilku hoteli i wtedy dokończymy wyprawę zgodnie z jej pierwotnymi założeniami. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że wrócimy tutaj po zaledwie 3 dniach spędzonych w Australii…

17-35

W ten oto radosny sposób zmierzaliśmy nieuchronnie do końca naszej przygody z Castaway (zwłaszcza, że najwyraźniej nie byliśmy ulubionymi gośćmi resortu w oczach kierownika). Zdjęcia były prawie oddane, montaż filmu na ukończeniu – tak się złożyło, że część ekipy, z którą imprezowaliśmy miała opuścić wyspę w tym samym czasie co my, postanowiliśmy więc zorganiozować pewnego rodzaju wspólną imprezę pożegnalną w zaprzyjaźnionym OMG. Podczas, jak muszę przyznać, dość zwariowanej imprezy poznaliśmy dwóch skipper’ów z RPA, którzy jak się okazało byli w trakcie dostarczania katamaranu z wyspy Phuket w Tajlandii do Perth na zachodnim wybrzeżu Australii. Gdy o tym usłyszeliśmy z Łukaszem nieco się zdołowaliśmy mając świadomość, że za 4 dni mamy już wykupiony przelot z Kuala Lumpur… Happy smoothie poprawiło nam jednak nastroje i wróciliśmy do imprezowania przy okazji umawiając się z nowo poznanymi chłopakami, że ostatni nasz dzień na wyspie spędzimy żeglując całą ekpipą z nimi w okolicach Koh Lipe. Ustaliliśmy to jeszcze zanim się prawie pobili między sobą do czego jak się później dowiedzieliśmy zaangażowali kilka butelek z baru…

17-36

17-37

17-38

17-39

17-40

17-41

17-42

17-43

Następnego dnia przy okazji śniadania dowiedzieliśmy się, że nasz materiał został ostatecznie zaakceptowany co oznacza zakończenie naszej współpracy a co za tym idzie od dzisiaj będziemy musieli pokrywać wszystkie koszty z własnej kieszeni o czym z nieukrywaną dumą poinformował nas Gargamel. Nie powiem, żeby ta informacja była dla nas jakoś wyjątkowo radosna jednak stwierdziliśmy, że po kilku tygodniach tutaj zaoszczędziliśmy tyle kasy, że te ostatnie 2 dni nie powinny nas zrujnować, zwłaszcza, że cały kolejny dzień mieliśmy w planie spędzić na łodzi. Ostatecznie jak się okazało zaoszczędziliśmy tam ponad 17 tysięcy złotych więc opłata za pranie i kilka ostatnich posiłków nie była jakąś tragedią dla naszego budżetu.

Jak się dowiedzieliśmy była to autonomiczna decyzja Gargamela – nie zdziwiło nas to specjalnie i olaliśmy sprawę skupiając się raczej na tym, żeby cieszyć się z ostatnich chwil na wyspie. Znów wzięliśmy w nocy kajak i popłynęliśmy tym razem na inną wyspę mając przy tej okazji możliwość doświadczenia wyjątkowo spektakularnego wschodu słońca z perspektywy kajaku na morzu! Bardzo żałuję, że nie wzięliśmy wtedy ze sobą kamery…

Ostatniego dnia zrobiliśmy zakupy na łódź, zgodnie z zasadą, że im nas więcej tym weselej zgarnęliśmy jeszcze dość przypadkowo trzy osoby z resortu, które kojarzyliśmy z ośrodka (w tym jak się okazało jedną gwiazdę tureckiej telewizji) i wybraliśmy się na umówiony rejs po Morzu Andamańskim z dwoma zwariowanymi żeglarzami.

Pogoda dopisywała przez cały dzień, złowiliśmy kilka bardzo smacznych ryb i tak w radosnych nastrojach w towarzystwie znajomych spędziliśmy bardzo przyjemny ostatni nasz dzień tutaj…

17-44

17-45

17-46

17-47

17-48

17-49

Oczywiście byłoby zbyt błogo gdyby wszystko poszło zgodnie z planem tak też pod sam koniec rejsu w dość dziwnych okolicznościach zepsuło się nam dingi (czyli mała łódka, którą mieliśmy dostać się z katamaranu na brzeg jako, że rafa koralowa jest zbyt płytko, żeby wpłynąć na nią sporej wielkości katamaranem). Minęła dobra chwila zanim udało się zorganizować łódź, którą nasi znajomi wrócili ze wszystkimi naszymi bagażami na wyspę, a kapitan popłynął po jeszcze jedną butelkę whisky. My z Łukaszem pomimo tego, że za kilka godzin mieliśmy wypływać z wyspy i nie byliśmy jeszcze spakowani ani rozliczeni z resortem ani nawet nie wiedzieliśmy jak później dostaniemy się na ląd postanowiliśmy zostać na łodzi i poczekać na kapitana, żeby obgadać z nim pomysł, który zrodził się w naszych głowach… w międzyczasie jeden ze skipper’ów usnął w dingi, które chwilę temu udało mu się zepsuć.

Po powrocie kapitana zrobiliśmy z nim ostatnią butelkę tego wieczoru, zarzuciliśmy temat wspólnego dopłynięcia do Australii i ustaliliśmy, że obgadamy szczegóły następnego dnia. Przy dźwiękach Led Zeppelin – Stairway to Heaven usnęliśmy na łodzi nie mając pojęcia jak ani czym za chwilę dostaniemy się na brzeg, żeby zdążyć na speed boat’a, którego po prostu nie moglśmy nie złapać.

Jakimś cudem Łukasz obudził się nad ranem tuż po wschodzie słońca – lekko spanikowani mieliśmy już zakładać na nogi płetwy do snorklingu i próbować dostać się na brzeg wyspy wpław – na szczęści stosunkowo niedaleko nas przepływała jedna z charakterystycznych łodzi, której właściciel dostrzegł nas machających do niego i podpłynął zgarniając nas na ląd i szczerze mówiąc ratując nam przy tym tyłki. W pocie czoła biegaliśmy po ośrodku żeby pozbierać nasze graty, spakować się, rozliczyć i zdążyć na łódź – udało się wszystko na ostatnią chwilę do tego stopnia, że nie zdążyłem już nawet dopić zamówionej kawy bo musieliśmy biec na łódź… jak wspomniałem na początku tego posta przyzwyczailiśmy się już do emocjonujących chwil na dworcach czy w drodze na różnego rodzaju środki transportu jednak muszę przyznać, że tym razem pobiliśmy samych siebie! Na szczęście znów okazało się, że Carpe Dream ma zawsze szczęście 🙂

17-50

17-511

Przy okazji chciałbym zwrócić uwagę na to, że powyższa kwota, którą zaoszczędziliśmy dzięki naszemu układowi, a która wydaje się astronomiczną tak naprawdę wcale nie oznacza, że zrujnowaliśmy właściciela Castaway. Trzeba pamiętać, że jest to kwota, jaką wydalibyśmy gdyby przyszło nam płacić normalne stawki za spanie, jedzenie i drinki przez cały nasz ponad 3-tygodniowy pobyt tam, w trakcie którego nie odmawialiśmy sobie niczego na co przyszła nam ochota ale to, że my za podwójnego Jack’a Daniels’a z lodem jednorazowo wydawalibyśmy prawie 50zł wcale nie oznacza, że taki koszt ponosił bar sprzedając nam tego drinka – to samo z jedzeniem no i co istotne w porze deszczowej ośrodek nie ma pełnego obłożenia więc tak czy inaczej nasz domek stałby pusty. Ostatecznie szacuję, że koszty poniesione z racji naszej obecności tam były kilkukrotnie niższe niż ta kwota, a rynkowa cena usługi, którą wykonaliśmy z pewnością przekroczyłby te poniesione przez nich koszty… Tak więc ostatecznie można stwierdzić, że był to idealny układ, z którego wilk wyszedł syty i owca cała… tylko Gargamel jak to zwykle w bajkach bywa musiał obejść się smakiem…

ZOBACZ TAKŻE: CARPE DREAM: Przeprawa przez Laos i pierwsze kroki w Tajlandii (ZDJĘCIA)

CARPE DREAM: Przepraszam… Na jakiej jesteśmy granicy? (ZDJĘCIA)

Stefan i Lukas pozdrawiają Czytelników Esanok.pl z Tajlandii! (FILM)

CARPE DREAM: Hong Kong, czyli raj na ziemi. Zobacz kolejną efektowną relację z podróży Stefana i Lukasa (ZDJĘCIA)


Napisz komentarz:

Dodając komentarz akceptujesz postanowienia regulaminu.